Świadectwo życia i spotkania z Odnową o. Fio Mascarenhasa

W latach 1968-69 przeżyłem wielki kryzys mojej wiary. Studiowałem wówczas chemię i bardzo dobrze radziłem sobie na uniwersytecie. Kiedy 10 lat wcześniej wstępowałem do Towarzystwa Jezusowego, mój prowincjał powiedział: „Fio, w Bombaju mamy wielki uniwersytet w którym jest Katedra Chemii, będziesz tam profesorem”. W tamtych czasach byłem bardzo pewny siebie, ambitny i jednocześnie… strasznie próżny. Marzyłem w duchu: „Na pewno zostanę sławnym profesorem chemii. Może któregoś dnia nawet zdobędę nagrodę Nobla?”. Na studiach radziłem sobie świetnie, dostałem nawet wyróżnienie, więc spodziewałem się sukcesu na ostatnim egzaminie. Jednak na sali egzaminacyjnej poczułem zupełną pustkę w głowie. Nic nie pamiętałem! Oczywiście egzamin oblałem. To był dla mnie prawdziwy szok: oczekiwałem, że wypadnę najlepiej z całego roku, a okazałem się najgorszy. Było to wielkie upokorzenie, straciłem pewność siebie, ale bardzo modliłem się do Pana Boga, abym następnym razem wypadł znacznie lepiej.

Po roku, po intensywnej nauce, mój profesor uznał, że jestem świetnie przygotowany. Ponownie podszedłem do egzaminu, ale już przy wejściu na salę poczułem tę samą pustkę w głowie! Nie zdałem. Od tego wydarzenia rozpoczął się mój kryzys wiary. Zwątpiłem, że Bóg mnie kocha. Stopniowo zacząłem porzucać modlitwę, uważając, że nie ma sensu.

Po kilku miesiącach przygotowań pojawiłem się na egzaminie po raz trzeci. Pamiętam, że pomodliłem się przed nim: „Panie, wiem że i tak mnie nie kochasz, więc nie będę Cię prosił za siebie. Ale mam nadzieję, że nadal kochasz moją mamusię…”. A moja mama modliła się, ofiarowując nowennę za nowenną, żeby tylko jej syn zdał egzamin. Niestety, trzeci raz doświadczyłem tej samej pustki w głowie i znowu oblałem. Był już 1971 rok, ponieważ działo się to rok po roku. Moi przełożeni zachęcali mnie: „Fio, musisz w końcu zdać. Tym razem na pewno ci się uda”. Ja jednak wewnętrznie byłem już wrakiem człowieka. Byłem tak przeczulony, że gdy widziałem na ulicy dwóch ludzi rozmawiających ze sobą, a któryś z nich patrzył w moim kierunku, myślałem: „No tak, pewnie wiedzą o mojej porażce i mówią, że jestem do niczego”. Fizycznie również czułem się fatalnie, ponieważ cierpiałem na astmę. Z powodu przeżyć egzaminacyjnych mój stan znacznie się pogorszył, więc wiele razy leżałem w szpitalu. Straciłem wiarę w Boga i przestałem się modlić. Zacząłem żyć światowym życiem, pełnym buntu i samowoli. Ale jak to opisuje piękny wiersz Francisa Thompsona: Bóg jest jak „chart” niebieski, więc choć ja Go opuściłem, On nigdy nie przestał mnie ścigać. Na szczęście.

W 1972r., dokładnie 11 lutego – w święto Matki Boskiej z Lourdes, gdy po raz czwarty przygotowywałem się do egzaminu, Duch Święty powalił mnie na kolana przed krucyfiksem. Gdy 10 lat wcześniej składałem na niego swoje śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości, myślałem, że mam Bogu tak wiele do ofiarowania: talenty, zdolności, wykształcenie. Teraz zaś byłem człowiekiem niewierzącym. Gdy teraz klęczałem przed tym krzyżem, w głębi mojego serca zrodziła się modlitwa: „Panie, nie mam nic, co mógłbym Ci dać. Moje życie jest kompletnie bezużyteczne. Ale jeśli Ty masz jakiś plan dla mojego życia – oto jestem”. To był moment mojego prawdziwego poddania się Bogu, uznania, że to On jest moim Panem. Wcześniej gdy się modliłem, zawsze to ja mówiłem Jezusowi, co powinien dla mnie zrobić. Teraz po raz pierwszy powiedziałem: „Panie, ja nic już zrobić nie mogę, to Ty zrób coś dla mnie”. A odpowiedź przyszła natychmiast! Nagle usłyszałem w swoim sercu głos Jezusa, mówiący: „Fio, ty jesteś moim synem umiłowanym, w którym mam upodobanie”. To był mój prawdziwy chrzest w Duchu Świętym! A chociaż mój umysł zaczął „rozpracowywać” te słowa: „Jak to: umiłowany? w którym mam upodobanie? Co to znaczy?” – to jednak Duch Święty przekonywał mnie, że nawet jeśli tego nie rozumiem, słowa te są prawdziwe i mówią o miłości, która jest darmowym darem we mnie. Pamiętam, że skokiem wstałem z kolan, podniosłem ręce i zawołałem: „Alleluja! Wielki jest Pan!”.

Od tego momentu moje życie zmieniło się całkowicie. Po pierwsze – zostałem uzdrowiony z astmy i już nigdy więcej nie miałem z nią problemów. Emocjonalnie również zostałem uzdrowiony. Chociaż wcześniej nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi, byłem nieśmiały i wstydziłem się – teraz mogę spokojnie głosić Słowo Boże i stawać wobec wielkich zgromadzeń. Największe uzdrowienie dokonało się jednak w sferze duchowej, ponieważ miłość Boża została wlana w moje serce przez Ducha Świętego. Drugi List do Koryntian rozdział 3, werset 17 mówi: Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest Duch Pański – tam wolność. I nagle jakby otworzyło się we mnie źródło modlitwy uwielbienia i otrzymałem dar kontemplacji. Każde Ćwiczenia ignacjańskie, które do tamtego dnia odbywałem co najmniej 10 razy, koncentrowały się na takiej właśnie modlitwie: „Panie, uczyń mnie kontemplatywnym w działaniu”. Bóg nie udzielał mi tej łaski przez te wszystkie lata kiedy już byłem jezuitą, ale zrobił to właśnie w momencie chrztu w Duchu Świętym! Przypomniałem sobie, że w pierwszej książce jaka została napisana na temat Odnowy charyzmatycznej (przez teologa i charyzmatyka Edwarda O’Connora) przeczytałem, że jednym z najważniejszych darów chrztu w Duchu Świętym jest zanurzenie się w kontemplacji. Ponieważ doświadczyłem go w 1972r., tak więc dar ten działa we mnie już od 30 lat. Bardzo jasno dostrzegam palec Boży we wszystkich szczegółach mojego życia. Oczywiście w ciągu tych lat nie raz zdradziłem Boga z powodu swoich grzechów, ale przez cały ten czas mam głęboką świadomość, że przede wszystkim jestem synem, a dopiero później grzesznikiem. To całkowicie przemieniło mnie i sposób, w jaki postrzegam siebie duchowo. Dostrzegam i doświadczam Boga w każdym szczególe mojego życia, co nie znaczy, że wszystko rozumiem – ale w sercu noszę to głębokie przekonanie o Bożej obecności także w tym, czego nie rozumiem. I zaufanie: Jezu, ufam Tobie!

Ale wracając do mojej historii – dwa miesiące po wylaniu Ducha Świętego zjawiłem się ponownie na egzaminie. Tym razem wszystko potoczyło się bez problemów, dostałem najlepsze oceny i dzisiaj jestem wykwalifikowanym chemikiem – mogę nauczać w Łodzi, Lublinie lub gdziekolwiek indziej na świecie. Jednak po moich święceniach ojciec prowincjał powiedział: „Fio, masz kwalifikacje do wykonywania dwóch zawodów. Możesz uczyć chemii na naszym uniwersytecie w Bombaju, ale ponieważ przeżyłeś pewne szczególne doświadczenie, możesz także głosić światu Dobrą Nowinę. Co wybierasz?”. „Oczywiście, że Odnowę Charyzmatyczną, ponieważ sam jestem charyzmatykiem!”– odpowiedziałem. Nieco później zrozumiałem, że wtedy gdy błagałem Boga i wołałem: „Panie, proszę Cię, pomóż mi zdać! Gdzie jesteś?” – Bóg mówił do mnie: „Fio, mam lepszy plan dla twojego życia”. Ale ja tego nie słuchałem. Mówiłem tylko: „Panie, zrób to, o co Cię proszę”. Dopiero z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że te nie zdane egzaminy to okres wielkiej łaski w moim życiu.

W krótkim czasie po tym wydarzeniu ujawniły się inne dary, m. in. języków i uzdrawiania. Zainicjowałem Odnowę Charyzmatyczną w Indiach. Zostałem wybrany pierwszym przewodniczącym Krajowego Komitetu Odnowy Charyzmatycznej w Indiach. Kardynał Suenens usłyszał o mnie i zaprosił mnie do Rzymu, abym sprawował tam funkcję dyrektora Biura Odnowy Charyzmatycznej. Później zostałem przewodniczącym Rady Międzynarodowej w Rzymie. Setki razy spotykałem się z Ojcem Świętym. Do dnia dzisiejszego byłem już w ponad 80 krajach, aby głosić Dobrą Nowinę. Często pytam: czy zaprosilibyście mnie tutaj, gdybym był profesorem chemii? Nie, uczyłbym w tym czasie w Bombaju…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *